Jakub Ćwiek „Kłamca”

IMAG0159
Jeśli jedyna dobra rzecz w książce to jej okładka, w dodatku niezgodna z wizją autora, to nie jest dobrze

Od kiedy zajmuję się mitologią nordycką co jakiś czas różni ludzie pytają mnie, czy słyszałam o książce Jakuba Ćwieka, czy ją czytałam i co o niej sądzę. Zawsze było mi trochę głupio odpowiadać, ponieważ do tej pory miałam okazję zaledwie ją przejrzeć, a przecież nie powinno się wyrażać opinii o czymś, czego się nie poznało, szczególnie, jeśli jest to opinia skrajnie negatywna. Co więcej chciałam móc jakoś odeprzeć zarzuty tych, którzy twierdzą, że stałam się zupełnie oderwanym od świata nerdem i krytykuję powieść tylko dlatego, że nie jest ona dość wierna tysiącletnim zabytkom staroislandzkiej literatury. Dlatego na krótki, wakacyjny wypad nad jezioro zabrałam ze sobą „Kłamcę”, zgrzewkę cydru i razem ze swoim chłopakiem urządziliśmy sobie kilka wieczorów czytania na głos.

Książka Ćwieka jest fatalna, a on sam w ogóle nie umie pisać. W zasadzie w tym momencie mogłabym zakończyć swoją recenzję, lecz by nie być gołosłowną opiszę dokładniej o co mi chodzi i pozwolę, byście ocenili sami. „Kłamca” opowiada historię o tym, jak nordycki bóg Loki – nazywany przez Ćwieka „bogiem kłamstw” – po totalnej klęsce swojego rodzimego panteonu w walce z anielskimi zastępami, przechodzi na stronę zwycięzców. Korzystając z tego, że nie wiążą go chrześcijańska moralność i anielskie zasady, staje się agentem do zadań specjalnych skrzydlatych oddziałów i działa tam, gdzie sumienie nie pozwala interweniować boskim sługom. Książka składa się z kilku opowiadań, każde z nich dzieje się w innym miejscu (chociaż najczęściej gdzieś w Ameryce) i dotyczy innych osób, a w tle oprócz aniołów i śmiertelników pojawiają się również bogowie innych panteonów.

Pomysł, by opisać funkcjonowanie bogów w nowożytnej rzeczywistości nie jest nowy. To samo pytanie stawiał – skądinąd znany i cytowany przez Ćwieka – Neil Gaiman w „Amerykańskich Bogach”, lecz jego powieść, zapewne z powodu fatalnego tłumaczenia przeszła w Polsce bez większego echa i wciąż pozostaje dużej grupie czytelników nieznana. Ćwiek natomiast nie wnosi do tematu żadnych nowych myśli, co więcej, nie jest w stanie sprawnie wykorzystać schematu. Czemu akcja książki dzieje się w Stanach Zjednoczonych (czy dlatego, że tak już raz napisał Gaiman?) Czemu anioły walczą z nordyckimi bogami? Czemu pozostawiają przy życiu bóstwa z innych panteonów po to, by z nimi negocjować? Czemu podczas oblężenia Walhalli silny Thor nie bierze udziału w bitwie tylko czeka, aż ostatnie fortyfikacje upadną? Czemu Odyn wypił zatruty napój z kielicha, czy nie poczułby, że do wina domieszano jadu, który był zdolny trawić skórę? Czemu anioły uwierzyły, że Sigyn stanie po ich stronie? Czemu archanioł sądzi, że Loki może być użyteczny, skoro w pierwszych scenach sam zmuszony był ratować go z opresji? Czemu nie sprzymierzył się raczej z jego bardziej zaradną żoną? Czemu Sigyn zapada w śpiączkę w pierwszym rozdziale opowiadania? Czemu w ogóle autor wspomniał o niej, skoro nie miał pomysłu jak ją opisać? Czemu tych pytań jest tak wiele, skoro dotyczą zaledwie pierwszego rozdziału?

Wiem, że stawiając pytanie „dlaczego” wystarczającą ilość razy można zredukować nawet sensowną myśl do absurdu. Zdaję sobie sprawę z tego, że dobre powieści również mają luki, a nasze zdolności poznawcze nie pozwalają nam, żebyśmy nawet w prawdziwym życiu dostrzegli wszystkie czynniki i elementy układanki. Jednak sprawny autor nie prowokuje sam niewygodnych pytań; czytelnik, porwany przez nurt narracji daje się mu ponieść i nieczęsto ma czas by rozglądać się na boki. Tymczasem świat przedstawiony książki Ćwieka wydaje się być skonstruowany w całości z tekturowych dekoracji, do tego ustawionych tak niefortunnie, że nie sposób poruszać się w nim tak, by ich nie potrącić.

To samo tyczy się postaci: poza imionami niczym nie różnią się one od siebie nawzajem. Każdy dowolny mężczyzna w opowiadaniu mógłby z powodzeniem zastąpić innego męskiego bohatera, a kobiety mogłyby zamienić się miejscami, niezauważone. Myślę, że to z tego powodu autorzy większości słabych książek tyle miejsca poświęcają opisom wyglądu swoich bohaterów, ponieważ kolor włosów czy konkretna część ubioru to ich jedyne cechy szczególne. Takim znakiem rozpoznawczym jest u Lokiego nawyk wkładania do ust i żucia wykałaczek, ale nawet ten wybór autora nie był chyba motywowany jakąś głębszą myślą, gdyż w żaden sposób nie dopełnia to wizerunku postaci; zamiast tego budzi zaniepokojenie u mnie jako u psychologa i zastanawiam się, czy Ćwiek kiedykolwiek słyszał coś o Freudzie i jego teorii fiksacji oralnej.

Nie wiem, czy to właściwy moment, by wspominać o tym teraz i czy uwaga ta nie dotyczy bardziej koszmarnego stylu autora, lecz ponieważ element ten wpływa na ogólną nijakość bohaterów, opiszę go już w tym momencie. Jeśli dobrze rozumiem jego intencję, to chyba chciał on sportretować Lokiego jako czarującego twardziela o psychopatycznym rysie, mistrza przekrętów i wiecznego chłopca, niebezpiecznego zarówno dla wrogów jak i dla wszystkich kobiet w swoim zasięgu. Zawsze zastanawiało mnie czy można napisać dobrze postać, która dysponowałaby większym intelektem od autora; przypadek „Kłamcy” nie rozstrzyga jednoznacznie tej kwestii, lecz można powiedzieć o nim jedno. Wyszło trochę jak w tym dowcipie:

Żona pewnego rolnika robiła niesamowicie dobre kanapki, kiedy ten szedł
robić na pole. Kanapki ze świeżego chlebka, z pysznym serkiem, wędlinką, sałatką i innymi bajerami. Pewnego razu rolnik zostawił kanapki na kamieniu i zajął się pracą. Kiedy po kilku godzinach, zmęczony, podszedł do kamienia zobaczył, że kanapki zniknęły! Następnego dnia żona znowu zrobiła mu pyszne kanapeczki, rolnik poszedł robić w pole, aby po kilku godzinach pracy zauważyć, że po raz kolejny  ktoś mu zawinął jedzenie! Rolnik zdenerwował się i postanowił, że następnego dnia będzie patrzył zaczajony za drzewem, kto mu kradnie kanapki! Jak pomyślał – tak zrobił. Następnego dnia żona przygotowała mu jedzenie, a on położył je na kamieniu i schował się za wielkim dębem. Po chwili nadfrunął olbrzymi orzeł i porwał jego drugie śniadanie! Rolnik ruszył w pogoń! Orzeł leci do lasu – rolnik za nim! W końcu orzeł usiadł między drzewami, odpakował kanapki, wyciągnął z nich zawartość. Rolnik patrzy, a ptaszysko wyrzuca wędlinę, ser, sałatę i inne dodatki! Bierze dwie kromki chleba, przykłada sobie do piersi i masując swoją klatkę piersiową woła głośno: „O kurwa! Jaki ja jestem pojebany!

Czytelnik ma wrażenie, że wszyscy bohaterowie książki Ćwieka smarują tym samym masłem. Nie mają oni żadnych motywacji, celów, myśli, pragnień, ani lęków. Każdy z nich „uśmiecha się szyderczo” lub „szczerzy zęby w ironicznym uśmiechu” i to niezależnie od sytuacji, wszyscy wrzeszczą jak wariaci, syczą z pogardą, są nieracjonalni i komicznie wręcz emocjonalni:

– Melduje się cherubin Nathaniel, archaniele – wyrecytował. – Z pierwszego… Wódz wzniósł rękę, zmuszając go do zamilknięcia.
– Wiem, kim jesteś – odparł. Wziął z makiety niewielką figurkę i przestawił ją odrobinę dalej. – Gdyby było inaczej, nie wszedłbyś tu.
Cherubin zdusił w sobie przekleństwo. Jego dobre samopoczucie odpłynęło w jednej chwili, nadal miał jednak do zdania raport. Całkiem dobry raport. Godny pochwały. Może nie wszystko jeszcze stracone…
– Archaniele Michale! Oto głowa Walkirii. – Z dumą rozwinął tobołek i pokazał jego zawartość. – Pragnę zameldować, że misja została wykonana. Przy minimalnych stratach…
– Co?!
Wódz odwrócił się tak gwałtownie, że przewrócił skrzydłami makietę. Ława runęła z hukiem, niewielkie figurki rozsypały się po klepisku, wbijając swe maleńkie mieczyki w ziemię, a miniaturowa Walhalla pękła na dwoje. Do środka wpadli dwaj wartownicy, ale widząc, że dowódca nie jest zagrożony, wycofali się pospiesznie. Archanioł ruszył powoli w stronę cherubina, a jego pięści na przemian zaciskały się i rozluźniały.
– Chcesz mi powiedzieć, że mamy straty?!
Nathaniel bezwiednie zrobił krok do tyłu.
– Doprawdy minimalne, panie, my… – Zamilkł, nie mogąc dodać już ani słowa. Michał zatrzymał się krok od niego. Jego poznaczona bliznami twarz wyrażała teraz niczym niehamowaną wściekłość. Wytatuowany wokół lewego oka płomień zaczął mienić się czerwienią i żółcią, a zaciśnięte zęby ze świstem przepuszczały powietrze.
– Dostałeś dwie setki doborowych wojowników – wycedził – i cudowne miejsce na zasadzkę. Przeciwnik nieomal żaden, A TY MI MÓWISZ O STRATACH?!
Nathaniel zrobił maleńki kroczek do tyłu i z przerażeniem odkrył, że oto właśnie dotarł do ścianki namiotu. Wbił skrzydła w płótno.

Co do fabuły – bo wypadałoby wspomnieć i o niej – wydaje się być ona zupełnie nieobecna. Ktoś idzie gdzieś i robi coś, trochę strzelania, jakieś trupy. Sama piszę opowiadania i wiem, że są sceny, które mam już dobrze przemyślane lub też sam pomysł wyjątkowo mi się podoba, ale też i takie, które trzeba umieścić gdzieś „po środku” i opisać z mniejszym lub większym trudem. Tymczasem książka Ćwieka w całości składa się z tych niedopracowanych momentów „pośrodku”, z wymuszonych dialogów i bezsensownych rozwiązań nierzeczywistych sytuacji. Szczytem wszystkiego jest chwila, w której Loki, zupełnie nagi, pojedynkuje się pośrodku pola kukurydzy z bandą uzbrojonych w  gnaty motocyklistów. Nie wierzycie?

Po przeciwnej stronie paleniska siedział, o dziwo, niemal całkowicie rozbudzony facet i mierzył do niego z obrzyna. Pozostali, zbudzeni krzykiem, podnosili właśnie skacowane głowy. Dziewczyny próbowały zasłonić nagie piersi, ale przyjrzawszy się intruzowi, stwierdziły, że nie warto. Gość stojący nago na kukurydzianym polu, który na dodatek właśnie podpadł uzbrojonym gangerom, z pewnością ma na głowie inne rzeczy niż gapienie się na nagie biusty. A nawet jeśli… pewnie i tak nie pożyje długo. Czemu zabierać mu ostatnią przyjemność? Tylko jeden członek gangu spał dalej – ten tuż przed Lokim. Kłamca pokręcił głową z dezaprobatą.
– Słuchajcie, ja tylko… – spróbował tłumaczenia, ale ledwie zaczął, już wiedział, że to na nic. Dyskretnie powiódł wzrokiem po ciele leżącego brodacza. Gdyby się dobrze postarał, może zdążyłby wyciągnąć pistolet z kabury przy jego udzie i wycelować w gościa z obrzynem. Może nawet zdążyłby wystrzelić…
Błyskawicznym ruchem wyszarpnął broń i rzucił się na plecy. Chmurka śrutu przemknęłatuż nad jego nagim torsem. Loki zrewanżował się dwoma strzałami. Trafił.
Pozostali, odpychając od siebie sztywne ze strachu towarzyszki, również sięgnęli po spluwy, ale ich przeciążone umysły nie nadążały z wydawaniem rozkazów ciału. Loki zdążył wstać i rozwalić jeszcze dwóch, nim padł kolejny strzał w jego kierunku. Kobieta! Klęczała przy pierwszym zabitym i trzymała broń w obu rękach niczym wystraszona kadetka w tandetnym serialu o szkole policyjnej. Mogłaby stanowić niemałe zagrożenie, gdyby nie przejęła się oddanym strzałem do tego stopnia, że zupełniezapomniała o reszcie pocisków w magazynku. Zanim się opamiętała, kula przeszyła jej krtań. Loki tymczasem przeskoczył przez ognisko, wyrwał dziewczynie pistolet i zgrabnym przewrotem zszedł z linii strzału dwóm członkom gangu. Co prawda zorientowali się, że teraz mierzą do siebie nawzajem, ale wcześniej zdążyli nacisnąć spusty. Sekundę później obaj leżeli już w kałużach krwi. Kłamca odwrócił się i spojrzał w oczy ostatniemu gangerowi, który zdołał się w końcu obudzić.
– Czego chcesz? – zapytał przerażony widokiem nagiego szaleńca z giwerą. Ten tylko westchnął.
– Mówiłem ci już – odpowiedział. – I radzę wysilić główkę, bo więcej powtarzać nie będę. Po chwili
siedział na motorze ubrany w skórzane spodnie, kurtkę i czarny T-shirt. Na nosie
miał okulary przeciwsłoneczne, a w olstrze obrzyna. Włosy związał w koński ogon.
– Ma któraś z was lusterko? – zwrócił się do kobiet. Jedna zaczęła grzebać w swoich rzeczach i po chwili podała mu kosmetyczkę. Loki przejrzał się i uśmiechnął.
– A wykałaczkę?

Niektóre historie są głupie lub nieprawdopodobne, lecz czyta się je z przyjemnością, jeśli tylko autor sprawnie posługuje się piórem. Jednak Ćwiek jest w pisaniu wyjątkowo nieporadny. Bardzo ubogi warsztat nie pozwala mu na tak podstawowe zabiegi, jak wprowadzenie nowych bohaterów, opisanie sytuacji, zrelacjonowanie przekonującej konwersacji.  Z innej jeszcze strony, przecież każdy z nas wychodzi do pracy czy chociażby do sklepu, spotyka kogoś po drodze, utrzymuje jakiegoś rodzaju relacje, rozmawia i słucha cudzych rozmów. Więc jak to możliwe, że kiedy Ćwiek zaczyna pisać to nagle jakby zapominał jak zachowują się rozmawiają ludzie?

Kufle z czaszek zagrzechotały na stołach, a z glinianych mis powypadały piszczelowe łyżki. Ogołocone z broni stojaki runęły na rozciągnięte na podłodze zwierzęce skóry.
Stojący na środku sali bóg piorunów Thor położył na ziemi swój młot i stanąwszy w rozkroku, rozłożył ręce. Nawet on nie bez trudu utrzymał równowagę.
Wstrząsy ustały równie szybko, jak się rozpoczęły. Znów słychać było tylko dobiegające zza murów odgłosy bitwy, anielskie ryki tryumfu, gdy padały kolejne fortyfikacje, no i oczywiście równomierne uderzenia tarana we wrota Walhalli.
Bóg piorunów ponownie sięgnął po młot, podrzucił go, złapał lewą ręką i zakręcił młynka nad głową. Odyn skrzywił się z niesmakiem.
– Mogę wiedzieć, czemu ci tak wesoło, synu? Thor wzruszył potężnymi ramionami.
– Trudno powiedzieć – odparł. – To chyba przez te wstrząsy. Przypomniały mi o starych czasach.
Przez to wszystko niemal zapomniałem, że on tam jeszcze siedzi.
Odyn spojrzał na wiszące pod sufitem jezioro, dar morskiego olbrzyma Aegira. Tego samego, który wymyślił, że ze skrzydlatymi można się układać. Biedny głupiec!
– Za to ja cały czas pamiętam o Kłamcy – rzucił smutno władca Walhalli. – I czasem mam ochotę zejść tam i zakończyć jego podły żywot.
Pan grzmotów spojrzał na niego z wyrzutem.
– Nie możesz! On przecież…
– …ma być przyczynkiem końca, wiem – ojciec wszedł mu w zdanie. – Tyle tylko, że oto właśnie nadszedł koniec, nie widzisz?!
Zza drzwi od strony komnat wyłoniła się głowa karła. Thor machnął ręką.
– Nie przeszkadzaj nam teraz, Gloinie.
Pokurcz posłusznie zniknął za drzwiami. Bóg przełożył młot za głowę i oparł na ramionach.
– Wiesz, że jest sposób, prawda? – zapytał. – Pamiętasz o sekretnych drzwiach w twej komnacie i…
– Zamilcz! – niemal wrzasnął Odyn. Bóg
burzy westchnął.
– Więc o to chodzi – stwierdził. – Do niedawna myślałem, że masz plan, potem, że w rozpaczy zapomniałeś. Ale ty pamiętasz. Tylko, ojcze… stchórzyłeś!
– Kazałem ci zamilknąć!
– Bo cóż mi zrobisz? – szydził dalej Thor. – Nie masz odwagi, by zrobić to, czego nikt z nas, ani ja, ani ta pochowana po komnatach hołota, zrobić nie możemy. Nie masz odwagi, by uratować Walhallę. Odyn poderwał się i złapał stojącą obok tronu włócznię. Jego syn ani drgnął, tylko kilka maleńkich niebieskich błyskawic prześliznęło mu się po zbroi, a spoczywający na ramionach młot zamruczał cichutko. Zabrzmiało to jak odległy grzmot. Władca Asów usiadł i zakrył twarz.
– Nie wiesz, jak to jest – odezwał się cicho. – Gdy ostatni raz oddałem się Drzewu… To było coś potwornego. Ale wtedy wiedziałem, że mam szansę na powrót. A teraz… Ja nie wrócę. Trudno to pojąć komuś, nad kim do tej pory wisiał tylko odległy Ragnarok.

Nigdy w życiu nie słyszałam rozmowy tego rodzaju i trudno jest mi sobie to nawet wyobrazić. Oczywiście, rozumiem, że autor, który opisuje jakąś – w mniejszym lub w większym stopniu fikcyjną – rzeczywistość musi ją czytelnikom przedstawić, lecz wydaje mi się, że wszyscy wyrośliśmy już z książek, które zaczynały się od „Ala miała pięć lat i kręcone, czarne włosy”. Ćwiekowi brak nie tylko wyobraźni, lecz również środków do tego, by napisać książkę, a raczej nie umie on wykorzystać narzędzi, na jakie z konieczności skazany jest pisarz. W tekstach naukowych nieraz ma się wrażenie, jakby autor podczas pracy machał rękami, usiłując dopomóc sobie w wyjaśnianiu jakiejś zawiłej kwestii, Ćwiek z kolei zdaje się ciągle mrugać do nas porozumiewawczo, tak, że i jego, i mnie (z powodu nadmiernej empatii) boli już od tego oko. Jego bohaterowie wychodzą na środek i jak aktorzy w dramacie i wygłaszają sztuczne monologi: „To ja, Thor, syn Odyna, chcę zabić Kłamcę, to znaczy Lokiego, no tego, wiecie, tego, który ma stać się Przyczynkiem Końca.”

Czasem nawet kiepskie i źle napisane książki mogą dostarczyć nam rozrywki, jeśli tylko sam fakt ich czytania nie ośmiesza nas zanadto przed sobą samym. Ćwiek przekroczył jednak i tę granicę. Grubo. Co prawda nie wiem kto decyduje o tym, że jakiś utwór zostaje uznany ambitny, a inny kiczowaty, nie jestem też pewna, czy istnieje jakieś kryterium „obiektywnej żenady”, nie zmienia to jednak faktu, że wiele razy podczas lektury było mi przykro, z powodu tego, jak niski jest poziom żartów w tej książce. Oscyluje on wokół dowcipu z masłem i samozadowolenia z powodu wypowiedzenia na głos słowa „penis”:

Głęboko w podziemiach Walhalli leżał nagi mężczyzna. Tkwił w bezruchu przywiązany do skały ścięgnami, żyłami i splecionymi w liny kawałkami skóry. Nad jego głową wisiał kielich przymocowany do wygiętego w pałąk kija. Co jakiś czas wpadały do niego krople jadu leżącego na skale węża. Twarz mężczyzny, mimo iż w wielu miejscach wypalona i poznaczona zielonkawymi ranami, wykrzywiona była w szyderczym uśmiechu.
– A opowiadałem już – zapytał – jak pewnego razu byłem z kumplami w Egipcie? Idziemy sobie brzegiem Nilu i nagle jeden mówi do mnie: Patrz, jaki fajny wąż. Zacząłem się rozglądać, a on do mnie: Stoisz mu na głowie, idioto. Rzeczywiście stałem i do tego depnąłem tak niefortunnie, że biedakowi wylazły ślepia. Oczywiście wzięliśmy go ze sobą. Smakował jak kurczak, a pasek z jego skóry pewnie do dzisiaj leży gdzieś w szafie.

Staszek Wołoryński, przez kumpli zwany Stanem, miał właśnie swoje erotyczne pięć minut. Długie miesiące zajęło mu namówienie na ten wypad Kingi, sąsiadki z naprzeciwka, która według plotek rżnęła się już z każdym, prócz Stana właśnie. Potem obiecał przez dwa miesiące pomagać ojcu w warsztacie w zamian za samochód na jedną noc, a matce myć gary, jeśli da stówę. Dużo wyrzeczeń kosztowała go ta sprawa. Teraz jednak, czując drobną dłoń Kingi zaciśniętą na swym kutasie, stwierdził, że było warto. Jęknął.
Dziewczyna uśmiechnęła się, ścisnęła trochę mocniej, a potem wsadziła głowę między jego nogi… I wtedy właśnie nastąpił wybuch.

Na zakończenie chciałam wspomnieć o jeszcze jednym. Jak pewnie zauważyliście, na zdjęciu umieszczonym we wstępie tego wpisu widać okładkę drugiego tomu „Kłamcy”, który również przeczytałam, a raczej przeczytałam początek i resztę z ciekawości przekartkowałam; podobnie zresztą jak pozostałe części. Co ciekawe, styl Ćwieka z książki na książkę staje cię coraz lepszy, mniej jest niewłaściwego doboru słów, mniej „cedzenia przez zaciśnięte zęby” w każdym dialogu. Nie miałam już wrażenia – dominującego podczas lektury części pierwszej  – że siedzę razem z autorem nad pustą kartką i razem męczymy się, gdy on próbuje sklecić kolejne zdanie.

Mimo to na cztery tomy przeczytałam z (nie znowu jakąś wielką) przyjemnością dwa opowiadania. Jedno mówiło o tym, jak w wigilię Bożego Narodzenia, Loki, przebrany za skrzata, próbuje zastrzelić Światowida, który w stroju Świętego Mikołaja rozdaje dzieciakom prezenty. Kończy się to tak, że obaj lądują na kolacji u rodzinki z dwójką dzieci i tam zmuszeni są dalej grać swoje role, a Loki dostaje od małej dziewczynki pluszowego misia. Miś stanie się następnie drugoplanowym bohaterem całej serii. Lecz najważniejszym motywem w tej właśnie opowieści była kwestia tego, w jak bogowie radzą sobie w nowoczesnym świecie i w jaki sposób zmieniają swoje funkcje po to, by odbierać od śmiertelników wyrazy czci, będące podstawą ich kultu. Pytanie to stanowi oś książki Gaimana i w jego prozie znajduje ono dużo ciekawsze rozwinięcie. Tak więc jedynym nowym zabiegiem fabularnym, jaki zastosował Ćwiek w tym opowiadaniu była dość prosta sztuczka polegająca na umieszczenia bohatera w skrajnie nieadekwatnej sytuacji. Wciąż jest ona lepsza niż reszta jego dowcipów.

Kolejne ciekawsze opowiadanie otwiera tom drugi i mówi o tym, jak walizka z pieniędzmi oraz misiem Lokiego zostają skradzione na lotnisku przez zatrudnionego w rozładowni bagażu drobnego cwaniaczka o polskich korzeniach. Okazuje się, że miś nie jest tylko pluszową zabawką i w magiczny sposób pomaga Lokiemu w poszukiwaniach.

Jednak mimo, iż Ćwiek nauczył się pisać, to wciąż nie ma o czym. Zazwyczaj tekst kultury – od najpodlejszego romansidła po dzieło sztuki nowoczesnej – stanowi wyraz jakichś przekonań autora oraz diagnozę otaczającej go rzeczywistości, tymczasem w tych opowiadaniach brakuje jakiegokolwiek elementu obserwacji. Cztery tomy stanowią mieszaninę stereotypów, klisz, przypadkowych scen oraz obrazów, przy czym ciężko stwierdzić, czy pisząc je Ćwiek myślał i wiedział cokolwiek o czymkolwiek, z tego, co opisuje. W efekcie jego książki pozbawione są nie tylko klasy stylu i akcji, lecz – co najgorsze – sensu.

Jedna odpowiedź na “Jakub Ćwiek „Kłamca””

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s