Autorskie opowiadanie – Trwoga

Chciałam Wam opowiedzieć o tym, jak próbuję napisać opowiadanie. Wiem, to zdanie nie brzmi dobrze, jednak zaraz postaram się wszystko wyjaśnić. Po pierwsze, nie wiem jeszcze dokładnie, co to będzie, obawiam się używać zbyt dużych słów takich, jak „książka” czy „powieść”, wolę, że tak powiem keep it real. Na razie jest to opowiadaniem i niech tym zostanie, jak się rozwinie w przyszłości to się zobaczy.

Tak naprawdę to zawsze chciałam napisać książkę i pierwsze próby podejmowałam już kiedy byłam dzieckiem: tworzyłam wtedy zeszyty z opowiadaniami o zwierzątkach i sama rysowałam do nich ilustracje. Później, kiedy miałam lat kilkanaście zaczęłam pisać ze znajomym historię, co do której nawet nie pamiętam już, czy miała jakiś tytuł, ale na pewno opowiadała o grupie podróżników w czasie. W liceum z pomysłu pozostała tylko wizja ludzi siedzących przy stole i opowiadających sobie historie swojego życia, a sama podróż miała być albo łudzeniem, albo metaforą. Następnie jeden z bohaterów dostał swoją serię opowiadań o beznadziei i samotności, ale jego też porzuciłam. Na studiach wymyśliłam historię o dziewczynie, która jest wiedźmą czy też artystką i w ogrodzie uwięziła pewnego mężczyznę by pisać o nim książkę, w założeniu miała to być taka książka w książce w książce gdzie nie wiadomo, co jest fikcją, a co rzeczywistością. Pozostało mi z tego kilka opowiadań. Później tworzyłam coś w rodzaju fanfiction o mitologii nordyckiej, coś, co zamierzam jeszcze kiedyś skończyć: Eddę Najmłodszą. Na blogu możecie znaleźć kilka jej fragmentów oraz ilustracje i słuchowisko.

Przez jakiś czas poprzestałam na myśli, że właśnie fanfiction jest najwygodniejszą formą twórczości, ponieważ w dorosłym życiu, pomiędzy gotowaniem obiadu, a sprzątaniem kociej kuwety nie ma wiele czasu na wymyślanie nowych światów. Zawsze też byłam lepsza w małych rzeczach, lub, jeśli mam być zupełnie szczera, to tych większych po prostu nie udawało mi się nigdy skończyć.

Jednak mimo, że przeczytałam mnóstwo świetnych książek i obejrzałam wiele genialnych filmów, a cudze historie wciąż mnie poruszają, zawsze czułam jakiś niedosyt. Zresztą, napisałam o tym nawet kiedyś wpis („o czym chciałabym przeczytać w książce”). Nie wiem, czy można napisać ksiażkę idealną i szczerze wątpię, bym miała tego dokonać właśnie ja, jednak, jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, to wiecie, no… Myślę sobie dużo o różnych rzeczach i mam potrzebę podzielenia się tymi przemyśleniami. Poza tym mam małą nadzieję na to, że ktoś mógłby w moich przemyśleniach i odczuciach znaleźć coś, co uznałby za własne oraz ważne.

Kiedy już podjęłam decyzję o tym, że zacznę pisać, najpierw poczułam ekscytację i pomyślałam, że zaczyna się jakaś przygoda. Nie mam złudzeń, wiem że pisanie to duża praca, jest też to pewien proces, który trwa i ma wiele etapów. Po wielu rozmowach z Wami doszłam do wniosku, że warto ten proces dokumentować, znowu, nie dlatego, że uważam, że powstaje tu jakaś wielka powieść, lecz dlatego, że ta przygoda jest dla mnie czymś zupełnie nowym i podczas gdy ona trwa ja dowiaduję się wielu bardzo ciekawych rzeczy, czytam dużo nowych książek.

Będę więc pisać książkę. Będę również pisać o tym, jak uczę się pisać książkę, wciąż będą się tu pojawiać recenzje książek naukowych oraz beletrestyki, opowieści, z których czerpię inspirację, relacje z riserczu który robię, by uwiarygodnić swoją opowieść. Będę umieszczać tu swoje szkice i ilustracje, fragmenty tekstów. Mam nadzieję, że uda mi się Was zainteresować!

Trwoga: O czym jest ta opowieść?

Akcja opowiadania dzieje się w przyszłości. Jest rok 2100, ziemia została zniszczona przez katastrofę ekologiczną, epidemie i wojny, spowodowane rywalizacją o kończące się zasoby paliw i wody. Ludzie żyją w pokawałkowanym świecie – doskonalone przez setki lat technologie dawno prześcignęły wizje z futurystycznych powieści przełomu wieków, jednak są one dostępne nielicznym, podczas gdy większość mieszkańców ziemi egzystuje w skrajnej biedzie i rzeczywistości sprzed rewolucji przemysłowej.Świat pogrążony jest w głębokim kryzysie religijnym.

Rozwój nauki zaprowadził śmiałków na granice znanego nam kosmosu, co tylko utwierdziło ich w przekonaniu, że próżno tam szukać boskiej obecności. Lecz czy możliwa jest nadzieja bez wiary? W zaciekłym sporze między elitarystycznym ateizmem, a ludowymi kultami starych bóstw wyrasta nowy zakon Prawdziwego Boga, który rozpoczyna zdecydowany marsz ku władzy.Wydaje się, że bieg historii jest już przesądzony, gdy na scenie pojawia się zupełnie nieoczekiwana postać: nikomu wcześniej nieznana dziewczyna, o której mówią, że dostąpiła objawienia prawdy.

***

PROLOG

 

Przez zasypany śniegiem trakt brnął korowód sań. Kilka z nich miało motorowy napęd, pozostałe ciągnięte były przez konie. Zwierzęta parły do przodu w rwanym kłusie, ich nogi i piersi przełamywały zaspy, torując w ten sposób drogę dla pojazdów napędzanych silnikami. Maszyneria rzęziła, rozlegały się parsknięcia wierzchowców i dźwięk dzwonków, śnieg bryzgał spod płóz i kopyt, migały światła latarenek.

Podróżowali w ten sposób nieprzerwanie, urządzając jedynie krótkie postoje w zajazdach i hotelach, które stanowiły jednocześnie przystanki na ich trasie. Gdy docierali do ostatniego, zawracali, by ruszyć w drogę powrotną i tak czynili od lat. Minęło ćwierć wieku od kiedy wycofano z powszechnego użytku samochody i pociągi; z początku ludzie używali jeszcze dróg oraz traktów kolejowych, jednak te pierwsze, pozbawione konserwacji rozkruszyły się i porosły trawą, a tory rozkradziono, zanim zdążyły pokryć się rdzą. Teraz pomiędzy miastami kursowały jedynie kilkunastoosobowe zastępy kurierów, zarządzane przez konkurujące ze sobą mikro – korporacje. Zatrudniały one przede wszystkim byłych dostawców i kierowców, jednak znalazło się tam też wielu przedstawicieli innych profesji, zmuszonych do przekwalifikowania się w celu zdobycia środków do życia.

Sanie oraz pojazdy kurierów były wyładowane po brzegi. Pod wierzchnią warstwą plandek i koców, utrzymywanych na miejscu przez metalowe linki, piętrzyły się stosy najróżniejszych przedmiotów: kanistrów z paliwem, używanych, popsutych, a także naprawionych sprzętów elektrycznych takich, jak pralki, przenośne radyjka czy zamrażarki. Jeden z wozów wypełniono skrzynkami coli, a szklane butelki oddzielono od siebie nawzajem oraz od zewnętrza warstwą ochronnej folii. W innej przyczepce znajdowały się generatory prądu i baterie słoneczne, z kolei w pudłach na saniach jechały staranne zapakowane paczki z cukrem i kakao. W wielkich koszach z wikliny coś poruszało się i hałasowało.

Jeźdźcy mogli już dostrzec kolorowe światła w oddali, do ich uszu dobiegało szczekanie psów. Zegary w deskach rozdzielczych skuterów pokazywały kilka minut po północy, gdy przekroczyli bramę zajazdu. W zawiasach trzymała się jedynie połowa drzwi, z metalu tak zniszczonego, że wydawał się niemal przezroczysty. Po obu stronach rozpościerała się porwana druciana siatka i chociaż w niektórych miejscach pozostały z niej zaledwie strzępy, to ciągnąca się wiele metrów i znikająca w ciemności linia słupków pozwalała domyślać się, że ogranicza ona dość spory teren.

Minęli wielkie namioty, uginające się pod czapami śniegu i parking przyczep campingowych. Wszystkie one tworzyły coś w rodzaju bezładnego kręgu dookoła placu, na którym znajdowały się główne zabudowania. Jeden z segmentów  stanowił przyziemie dawnego budynku z dwoma częściowo wyburzonymi piętrami i przekrzywionym neonem „HOTEL” z przygasającą co chwilę literą „O”. Obok, niczym przyrośnięta do jego boku stała dawna stacja benzynowa, chociaż każdy ze stałych gości zajazdu wiedział, że w podziemnych zbiornikach, zamiast benzyny, gromadzono zdatną do picia wodę.

Gdy zajechali pod wejście do hotelu, woźnica pierwszego zaprzęgu wstał w saniach i zatrzymał konie, uniesioną ręką dając sygnał innym, by uczynili to samo. Z mechanicznymi kaszlnięciami ucichły silniki, zamilkły dzwonki. Ktoś krzyknął, by uciszyć ujadające psy. Woźnica zdjął gogle, ściągnął z ust i nosa szalik. Wysiadł z sań, następnie omotał lejce luźno na belce u ich dziobu. Rozejrzał się dookoła.

Niewiele zmieniło się od ich ostatniej wizyty tutaj; na cienkich masztach, wytyczających wokół wejścia coś w rodzaju nierównego sześciokąta, mrygały nieodmiennie te same różnokolorowe lampki. W wielu oknach budynku paliły się światła, a z pawilonu na parterze dochodziła muzyka. Bzyczała gasnąca i zapalająca się czerwonym blaskiem litera „O”.

– Tamte skrzynie z ostatniego wózka możecie od razu zanieść na zaplecze, zwierzęta trzeba wprowadzić do środka!– Krzyknął, zwracając się do kurierów którzy już zabrali się do rozładunku. – Wy dwaj, pójdziecie ze mną. Pomóżcie mi z koszem!

Mężczyźni podeszli do przyczepki, w której znajdowały się duże paczki i, z wysiłkiem, wyjęli z niej wiklinowy kosz. Następnie wszyscy trzej ruszyli do drzwi zajazdu. Od wejścia uderzyło ich ciepło, a razem z nim zapach dymu tytoniowego, pomieszany z gorzką wonią piwa i wysmażonych do przesady kotletów, które w połączeniu z bułkami najgorszego rodzaju oraz rozwodnionym keczupem składano w hamburgery, stanowiące chlubę lokalu. Mimo później pory restauracja była pełna ludzi. Goście pili, grali w karty, większość stanowisk przy maszynach do gier również zajęto.

– Ernst! – Usłyszał znajomy, kobiecy głos. Od razu ją dostrzegł. Stała w drzwiach na zaplecze, dłonią z papierosem trzymała za klamkę, drugą machała do niego zapraszająco. Jej postawna sylwetka zajmowała prawie całe przejście. Powtórzyła, gdy podszedł bliżej. – Ernst. Miło cię widzieć!

– Witaj Mateczko. –  Uśmiechnął się do niej i pocałowali się dwa razy. Był pewien, że na jego policzkach zostało nieco brokatu z jej mocnego makijażu. Nie pozwalał on jednak ukryć upływu czasu; kreski z pudru zebrały się w coraz wyraźniej zarysowanych zmarszczkach na twarzy Mateczki.

– Widzę, że masz coś dla mnie! Chodźcie, chodźcie. – Powtórzyła, gdy tymczasem kurierzy manewrowali z koszem pomiędzy pijanym klientem, a kelnerką, niosącą hamburgery opakowane w poplamiony tłuszczem papier. – Mamy dzisiaj spory ruch, chyba lepiej będzie nam porozmawiać w jakimś cichym miejscu.

Odsłoniła dla nich zasłonkę z koralików i poprowadziła zakręcającym korytarzem na tyły budynku. Po drodze minęli jeszcze pięcioro drzwi: te szerokie i podwójne, otwierające się na obie strony do kuchni, trzy do toalet, damskiej, męskiej i dla płciowo neutralnych, jak określano to w stolicy, oraz jedne, za którymi kiedyś urządzono schowek, teraz jednak przywieszono do nich tabliczkę POKÓJ SOCJALNY.

Ostatnie, szóste drzwi prowadziły do dość obszernego i wysokiego pomieszczenia. Zamiast piwa i tytoniu, dominującym zapachem była woń przypalonego oleju. Pod ścianą stały podłużne ławy oraz wąski stół, a w głębi lodówki wraz z zamrażarkami, o tej porze roku wszystkie puste, gdyż nie opłacało się marnować prądu na chłodzenie, kiedy zapasy dało się przechowywać w śniegu. Ernst widział, jak pada przez podłużne okienka, znajdujące się u góry ścian. W świetle latarni duże płatki wpadały na siebie i sklejały się ze sobą.

– Zostawcie kosz i pomóżcie z rozładunkiem na zewnątrz. – Powiedział do tragarzy.

– Kiedy skończycie idźcie do kuchni, dadzą wam burgery. – Dodała Mateczka. Poczekała, aż wykonają polecenie i przytrzymała jeszcze dla nich drzwi, gdy wychodzili, następnie zwróciła się do kogoś, kto najwidoczniej stał w dalszej części korytarza. – Powiedz dziewczynom, żeby nam nie przeszkadzały! Siadaj, Ernst. – Dodała, odwracając się do niego. Zamknęła wejście i sama zajęła miejsce na jednej z ław, po czym schyliła się, by wyciągnąć spod niej brudną, do połowy pełną popielniczkę. Postawiła ją na stole i strzepnęła do niej popiół z papierosa.

– Co mi przywiozłeś? – Uśmiechnęła się, a oczy Ernsta powędrowały do charakterystycznej przerwy między dwoma jej przednimi zębami.

– Prezent. – Odpowiedział uśmiechem. Sięgnął do kosza, który z bliska przypominał bardziej plecioną skrzynię czy też klatkę z obszernymi drzwiczkami po bokach, dla bezpieczeństwa wzmocnionych płócienną taśmą. Ernst odwiązał kolejno wszystkie supły, następnie otworzył drzwiczki na oścież. W środku, zawinięta w kocie oraz królicze skórki, siedziała dziewczynka, najwyżej ośmioletnia. Mimo padającego na nią ostrego światła patrzyła na Mateczkę bez mrugania, szeroko otwartymi oczami. Oddychała przy tym szybko i pociła się pod wełnianą czapką z gorąca, a zapewne i z przestrachu.

– Pomyślałem, że może przyda ci się taka dziewczyna? – Zapytał Ernst.

– Zawsze się przydają. – Odparła Mateczka, wydychając dym. – Nie wiem jeszcze do czego, bo ciężko powiedzieć, na co wyrośnie, ale to się zobaczy. Jest zdrowa? Ma wszystkie zęby?

– Nie odważyłbym się przywieźć ci jakiegoś zdechlaka. Miała dobrą opiekę, odkupiłem ją od krewnych. Właściwie to obcy ludzie dla niej, rodzina jej ojczyma. On i matka zginęli w pożarze, a tamci jej nie chcieli. Oddali ją prawie darmo. Nie dopytywałem bo to jakaś nieprzyjemna sprawa, a i oni nie mieli ochoty opowiadać.

– Sierotka. Uroczo. – Uśmiechnęła się Mateczka, lecz nie było w tym uśmiechu życzliwości. – Jak ma na imię?

– A wiesz, że nie zapytałem. Oni nie zwracali się do niej po imieniu. Mała też mi nie powiedziała, w ogóle gdybym nie wiedział lepiej to pomyślałbym, że to niemowa. Ale zapewniali, że zna litery i umie liczyć. Chyba jest po prostu nieźle wystrachana, tyle co ona ostatnio przeżyła to do głowy można dostać. Ej, ej! – Zatrzymał Mateczkę, która zbliżyła się do kosza. – Tylko nie wkładaj tam ręki, bo gryzie, skubana.

– Nie martw się, poradzę sobie! Co, mała? – Zagadnęła do dziewczynki. Wbrew słowom Ernsta w jej oczach nie widziała strachu, tylko wrogość. – Tyle zamieszania, a wygląda to to jak kocię. Jak koci ogonek. Taka bazia. Bazia, to dobre! Tak cię nazwiemy. Jakoś przecież musimy na ciebie wołać. Powiedz, Bazia, pewnie jesteś głodna? Na co miałabyś ochotę, na kurczaka? Frytki? A może deser czekoladowy? – Dziewczynka poruszyła ustami w grymasie, wyglądało to, jakby chciała się odezwać, a jednocześnie próbowała pozostać cicho. – Możesz dostać to wszystko, ale musisz mnie posłuchać. I żadnego gryzienia! Przyślę zaraz do ciebie dziewczyny, one  pokażą ci gdzie można się umyć, dadzą ci coś do przebrania. Tak? A my – Zwróciła się do Ernsta, wyciągając do niego rękę zgiętą w łokciu. Drugą dłonią zgasiła papierosa. – Może pójdziemy trochę się pobawić. Popić, potańczyć, oczywiście, kiedy już skończycie z pakunkami, co?

– Nie musisz powtarzać. – Odparł, wstając. Ujął ją pod ramię i ruszyli w stronę wyjścia.

– Zaraz ktoś do ciebie przyjdzie, kociaku! – Mateczka puściła do małej oko. Burza jej kręconych włosów i pięta błyszczącego buta na obcasie były ostatnim, co zobaczyła Bazia, zanim zamknęły się drzwi. Usłyszała przekręcanie klucza w zamku, klamka poruszyła się od szarpnięcia, a później rozległy się kroki oraz przytłumiony głos mateczki. Te stopniowo cichły, aż w końcu zostało tylko echo muzyki, grającej z głównej części restauracji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s